Historia zabawki GI Joe – początek

Kilkuczęściowa opowieść jak powstawały zabawki GI Joe, od 12″ do najbardziej znanej i lubianej 3.75″

Ostatnio coś mnie naszło, by przejrzeć zebrane w domu monografie na temat figurki GI Joe. Początek jak i rozwój, a potem jej eksplozja w latach 80 jest na tyle ciekawa, że postanowiłem ją nieco przybliżyć :). Stąd właśnie ten wpis, w którym znajdziecie masę ciekawostek o tym jak powstały same zabawki GI Joe, a później cały ten moloch. Większość pewnie zainteresowana jest treściami o 3.75″, jednak nie sposób opisać całej marki bez jej historii.

Wszystko co ważne dzieje się w Polsce

Ostatnio takim sloganem reklamował się jeden z portali. Rynek miejscami obśmiał to hasło, no bo komicznie brzmi np. Izrael z Palestyną pogodzą się w Polsce… to skojarzyło mi się z moim odkryciem. Kto z Was bowiem wiedział, że założyciele firmy Hasbro urodzili się… właśnie w kraju nad Wisłą :)?! Bracia Henry, Hilal, oraz Herman Hassenfeld byli z pochodzenia polskimi Żydami, którzy wyemigrowali z naszego kraju. Można śmiało przyznać, że ich pozostanie w Polsce skończyłoby się dla nich tragicznie, a dzieciństwo kilku pokoleń i milionów dzieci na pewno wyglądałoby inaczej… Tyle w ramach ciekawostki, bowiem jak świetnie wiecie właśnie firma Hasbro (dawniej Hassenfeld Brothers) stoi za sukcesem znanej na całej świecie serii. Prześledźmy jak do tego doszło.

Ziemniaki, apteczka i planszówki

Od początku swego istnienia Hasbro stawiało na zabawki, dostarczając do rąk amerykańskich dzieci takie przedmioty jak Mr. Potato Head, gry planszowe i zestawy do zabawy dla lekarza i pielęgniarki.

Potato Head

aż tutaj w roku 1962, do Donalda Levine’a (odpowiedzialny za rozwój produktów) przyszedł niezależny konstruktor zabawek – Stanley Weston. Miał on dość oryginalny pomysł. W tym samym roku na ekrany miał wejść serial pt. „The Lieutenant„, dlaczego by więc nie wyprodukować linii zabawek opartej właśnie na tym serialu (skąd my to teraz znamy, prawda :P)? Generalnie miałaby to być męska odmiana Barbie, zatem facet z wojskowymi ciuszkami do przebierania. Przypomnijmy, że to okres między wojną w Korei a wojną w Wietnamie, gdzie ów militaryzm zabawkowy nie biłby w oczy tak mocno. Wszystko pięknie i ładnie, gdyby nie fakt, że:

  • pilot odcinka bardziej sytuował serial jako dramat wojenny, a nie film akcji lub chociażby przygodowy,
  • był on przeznaczony raczej dla dorosłej publiczności,
  • dodatkowo kto miał w ręku Barbie wie, że jest raczej sztywna i taki żołnierz z ograniczoną liczbą punktów artykulacji średnio by się przyjął.

z tych powodów realizacja TEJ koncepcji upadła, ale sam pomysł chodził Levinowi po głowie aż…

… pewnego zimowego dnia 1963 roku

w lutym przechadzał się ulicami Nowego Yorku i zatrzymał się przed wystawą sklepu z zaopatrzeniem dla plastyków. Tam dostrzegł jego

drewniany manekin pierwowzor gi joe

drewniany manekin ludzkiej sylwetki z wieloma punktami artykulacji. Tutaj osobista dygresja. Gdy z Żoną wprowadzaliśmy się do mieszkania, wśród jej licznych „pierdół” … znalazł się właśnie on! Oczywiście wtedy nie miałem pojęcia co to jest i najchętniej oddelegowałbym go do piwnicy (podobnie jak moja Żona nieco plastikowych konkurentów tego pana). Jak to bywa przy kompromisach, znalazło się dla niego miejsce na szafce :). Tyle z życia rodzinnego, wróćmy do przedmiotu naszej historii.

Levine pomyślał – to jest to! Zróbmy zabawkę wielkości lalek Barbie, ze zginającymi się kończynami, wykonaną z plastiku. Oczywiście niedługo potem kupił dziesiątki tych manekinów, ubierając je w wojskowe mundury, przekazując do specjalistów od odlewów i designerów, aby zobrazować nową ideę. Wiedzieli, że w tym wypadku sukces zagwarantuje jej plastyczność w ustawieniu, w przeciwieństwie do Barbie, które według niego nie robiła nic więcej niż siedzenie w aucie. Dodatkowo nieodzownym elementem, bazując na popularności damskiej krewnej, była możliwość ubioru zabawki.

Przygotowanie projektu zabawki GI Joe

Projekt w takim kształcie został przedstawiony Merylowi Hassenfeldowi, prezesowi firmy, który go zaakceptował. Główny pomysłodawca – Stanley Weston – otrzymał do wyboru dwie opcje biznesowe. Pierwsza to 100 000 USD i oddanie praw do całości konceptu. Druga – mniejsza kwota (50 000 USD) + 1% z zysków. Wybrał to pierwsze (o co później miał ogromny żal i pretensje).

Większość osób w firmie jednak nieustannie utyskiwała na pomysł:

jesteście walnięci, chłopcy nie będą bawić się LALKĄ!

Levine wówczas odpowiadał:

Nigdy nie sprzedawajcie tego jako lalka, ale jako ruchomy żołnierz. Poza tym spójrzcie na wykresy – gdy nie prowadzimy wojny zabawki militarne sprzedają się dobrze.

Początkowy budżet projektu wyniósł 30 000 ówczesnych dolarów, potrzebnych na opracowanie prototypów, strojów itp. Za przygotowanie „ciała” odpowiedzialny byli Samuel Speers oraz Hugh O’Connor.

prototyp żołnierza gi joe

Jak opatentować… człowieka?

Wyzwaniem okazało się zarejestrowanie patentu. Wzoru ludzkiego ciała nie można zarejestrować, stąd to właśnie Levine wpadł na genialny pomysł

figurka gi joe - charakterystyczna blizna na policzkuKto od razu podłapał o co chodzi? Tak – BLIZNA! Później ten element pozwalał na zawsze wyróżnić zabawki GI Joe spośród reszty naśladowców.

O ile ciało figurki było niezmienne (początkowo tylko przedstawiciel białej rasy), o tyle głowa w kilku wariantach: blondyn, szatyn, rudy i brunet. Kolejna ciekawostka, w magazynach zabawki składowano… bez głowy? Powód? Większa elastyczność w sprzedaży – gdy lepiej schodziły np. te z głową bruneta, produkowano więcej głów, składano całość. Sprytne.

Salty the Sailor

Finalnie, gdy wszystko było gotowe, pozostał jeden, bardzo istotny element – jak to nazwać?! Jednym z konceptów było wypuszczenie rok po roku różnej wersji zabawki i tak np. najpierw byłby Marynarz (Sailor), następnie Marine (Piechota morska), Pilot, a wreszcie Soldier (wojska lądowe). Pomysł upadł w oczywistych względów. Jeśli nie wydadzą wszystkich czterech od razu, mimo nowatorskiej zabawki resztę śmietanki spiją konkurencyjne firmy, które wyprodukują imitacje (stało się to faktem, ale dopiero po kilku latach).

Inny pomysł, samego Levina, zjechany przez marketingowców zakładał nadanie imion, np. Salty the Sailor, Ace the Pilot, Rocky the Marine. Postawiono warunek – jedna nazwa.

Wystarczyło włączyć TV

Tutaj znów totalny przypadek i potwierdzenie, że genialne pomysły to nie tylko wielogodzinne burze mózgów w firmie. Levine siedział w domu i myślał, myślał, myślał. Postanowił włączyć TV i tam… JEST! Trafił na blisko 20 letni film: The Story of G.I. Joe”. GI JOE, to jest to! Skrót od Government Issue, czyli powszechnego poboru, symbol szeregowego żołnierza z okresu wojny, kojarzącego się z odwagą, męstwem, zwycięstwem. Można trafić lepiej?the story of gi joe - plakat promujący film

Koncept przedstawił w firmie, do roboty ruszyli prawicy (jak to w USA). Okazało się, że wprawdzie wydawany jest komiks i batonik o tej nazwie, ale szczęśliwie nie było żadnych konotacji z przemysłem zabawkarskim. Wszystko zarejestrowano, zabezpieczono. Na koniec pozostał jedynie „mały szczegół”. Cała militarna otoczka, czyli mundury, wyposażenie. Tutaj szczęśliwie udało się dogadać z szefem Gwardii Narodowej z Rhode Island (siedziba firmy). Zadbano o wszystkie drobiazgi. Wyzwaniem okazała się produkcja. Rzecz oczywista umiejscowioną ją… w Japonii i Hong Kongu. Tak szczęśliwie wszystko przygotowano, niebawem miał rozpocząć się rok 1964…

… tutaj postawimy właśnie […], na kolejną część. W niej masa informacji o pierwszej serii, sporo grafik itp. Zaglądajcie do nas, na pewno będzie warto 🙂